W sobotę kilka minut po godzinie 9:00 ruszyliśmy w pięcioosobowym składzie (Wanda, Tomasz, Grzesiek, Krzysiek vel Monter i Karol vel Bull) na WuZetkę czyli wycieczkę zorganizowaną. Zapowiadała się ciekawa sobotnia wycieczka przy pięknej, a raczej upalnej pogodzie.
Początkowo zgodnie z planem jechaliśmy w kierunku Stobna, by tam przekroczyć granicę z naszymi zachodnimi sąsiadami. Ale za Stobnem Monter wpadł na pomysł, że pojedziemy dalej w kierunku Bobolina a on pokaże nam fajną drogę z nowym przejściem granicznym. W zasadzie czemu nie. No to pojechaliśmy. Za Bobolinem w Warniku skręciliśmy gdzieś w prawo na polną drogę, która z każdą chwilą się zwężała, by zakończyć się na łące. Ale że widzieliśmy słupy graniczne, biorąc przykład z Montera przedarliśmy się przez jakieś chaszcze na pas graniczny. Świetne to nowe przejście…
Dalej już poprzez pola dojechaliśmy do Ladenthin. Pierwszy postój, pierwsza wspólna fota i pierwsze smarowanie kremami przeciwsłonecznymi na trasie. Ponieważ upał był niesamowity, postanowiliśmy poszukać jeziora. Najbliższe nie posiadało plaży i nadmiar złego śmierdziało zdechłą rybą. Nowym celem było Haussee kilka kilometrów za Locknitz, w którym zatrzymaliśmy się by zrobić zakupy. Nad jeziorkiem było cudownie. Cień od drzew, plaża i do tego chłodna orzeźwiająca woda. Pierwszy wskoczył Tomasz, który ledwo postawił rower na odpowiednim miejscu, a już po chwili zaliczył pełne zanurzenie. Reszta Panów też długo nie czekała na kąpiel w chłodnej wodzie, choć podczas kąpieli zdarzały się ciepłe prądy i związane z nimi podejrzenia o to, kto tę wodę podgrzewa…
A Wanda, no cóż ona też po chwili… rozłożyła kocyk i ucięła sobie drzemkę…
Po około godzince ruszyliśmy dalej, co wcale nie było łatwe. Ciężko było rozruszać nogi, a Grześkowi przyzwyczaić tyłek do niewygodnego siodełka. W zasadzie zaczęła się już droga powrotna do Szczecina. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze starą wieżę w Rothenklempenov i dalej przez Grunhof, Pampow i Blankensee dotarliśmy do przejścia granicznego w Buku. Jako że zmęczenie dawało o sobie, chłopaki narzucili niezłe tempo jak dla tandemu, Tomasz z Wandą zaczęli nie nadążać, a w szczególności pod niezliczoną ilość górek. No ale Panowie zawsze dzielnie na nich czekali. W Polsce jeszcze zakupy (taka tradycja podobno) w sklepie w Dobrej i dalej prosto na Głębokie. Tutaj od startu na Jasnych Błoniach na liczniku wybiło bodajże 80 km. Rozstaliśmy się z Grzegorzem, który udał się przez Wojska Polskiego na prawobrzeże, a my Miodową na Osów. Po całym dniu górka na Osów była zabójcza, ale jakoś wytrwaliśmy. Potem jeszcze tylko niewielkie wzniesienie przed Gubałówką i dalej ostro Rostocką w dół. Krzysiek obił w Duńską w kierunku Centrum a z Karolem jechaliśmy razem niemal do końca.
To była ostatnia, pożegnalna wyprawa tandemem… w starych barwach. W niedzielę Tomasz rozebrał rower na drobniutkie części. Następnym razem zobaczycie go w nowej odsłonie, a będzie to prawdziwa metamorfoza.
Za udział w tej ostatniej przed ślubem wycieczce wszystkim uczestnikom serdecznie dziękujemy.