Ystad – Malmö
Szwecja powitała nas słońcem, które towarzyszyło nam przez cały dzień. Tylko wiatr w tym dniu nie był dla nas łaskawy. Nasza 90 km trasa z Ystad do Malmö wiodła wzdłuż linii brzegowej, po drodze mijaliśmy wiele miejsc do odpoczynku i z darmowymi placami do rozbicia namiotu czy zaparkowania wozu campingowego. Pierwszy dzień, tak jak się spodziewaliśmy, był niezwykle ciężki: wiatr, płaskie ukształtowanie terenu i zdecydowanie za ciężki 50 kilogramowy bagaż sprawiały, że nasza prędkość spadała miejscami do 10 km/h. Jakby tego było mało, nie uniknęliśmy awarii, do tego bardzo uporczywej, bo czterokrotnej… Tyle razy pękły nam śruby łączące przyczepkę Extrawheel z rowerem. Kiedy pękła ostatnia, na 3 km przed campingiem, a ich zapas się skończył, byliśmy już zrezygnowani. Gdy Tomek kombinował, jak przymocować przyczepkę na pękniętą śrubę, Wanda w myślach układała maila do producenta. Gdy udało się przymocować przyczepkę, zdaliśmy sobie sprawę, że śruby można wkręcać również w inny sposób. Jak się później okazało, był to sposób właściwy – przyczepka już się nie urywała. Mimo wszystko postanowiliśmy jednak zostać dłużej w Malmö i odchudzić tzn. skonsumować nasz bagaż. Gdy w końcu doczłapaliśmy się na camping, humory nam się poprawiły dzięki przyjaznym ludziom, szczególnie z obsługi campingu od której dostaliśmy pyszne ciastka “dla młodej pary”.
Kolejny dzień naszej wyprawy minął na zwiedzaniu miasta bez bagażu i bez problemów. Cele zwiedzania były dwa – podziwianie świetnie rozwiniętej infrastruktury rowerowej oraz poszukiwania sklepu ze śrubkami, gdzie zrobiliśmy zapasy, które starczą nam na lata… Jako że wieczorem w centrum miasta odbywała się wielka impreza, postanowiliśmy zobaczyć jak się bawią Szwedzi. No i bawią się całkiem nieźle. Na dużym placu przy scenie stało mnóstwo długich, połączonych ze sobą w rzędy stołów przy których odbywała się biesiada. Ale i tak najbardziej podobała nam się scena na której można było tańczyć Lindy Hop.
Następnego ranka udaliśmy się do Kopenhagi. Pakowanie, poranna toaleta i śniadanko poszło nam niezwykle sprawnie, bo Tomasz nieco pomylił na zegarku godzinę 7 z 9 i wydawało nam się, że musimy gonić na pociąg. Na dworcu usiłowaliśmy przygotować się logistycznie do zapakowania roweru (tandemy nie lubią pociągów a pociągi tandemów). Okazało się, że niepotrzebnie. Bez zdejmowania bagaży, bez odłączania przyczepki i bez specjalnego wysiłku wprowadziliśmy rower do pociągu. Byliśmy mile zaskoczeni, jak pociąg gładko płynął z nami po torach do Danii, a my nie musieliśmy unieruchamiać roweru linkami.
Kopenhaga – Helsingør
Na dworcu czekała nas niemiła niespodzianka w postaci sporych schodów do pokonania, bo tandem z przyczepką z racji swoich rozmiarów nie mieścił się w windzie. Niestety Kopenhaga nie wzięła przykładu z Holandii i na schodach nie było rynny do prowadzenia rowerów. Na raty dostaliśmy się na most i gdy już mieliśmy ruszać, zdarzyło się coś czego się nie spodziewaliśmy. Kierowca autobusu miejskiego zatrzymał pojazd na środku mostu, otworzył drzwi i wyjął aparat, żeby zrobić nam zdjęcie. Zdziwiło nas coś takiego w mieście, gdziem rower jest stałym elementem krajobrazu.  Po zostawieniu bagaży na campingu rozpoczęliśmy zwiedzanie, co nie było łatwe, ze względu na duże natężenie ruchu. Rowerowego oczywiście. Czuliśmy się jak w centrum Szczecina, gdzie co chwile ktoś nas wyprzedza, trąbi… tyle tylko, że byli to rowerzyści. Zanim ogarnęliśmy zasady ruchu rowerowego, zdążyliśmy wjechać pod prąd… w Kopenhadze drogi rowerowe są jednokierunkowe. Na zwiedzanie, tradycyjnie już, wybraliśmy się jeszcze w nocy, ale ruch rowerowy wcale nie zelżał.
Następnego ranka jeszcze jeden wypad na miasto, przerywany ulewnymi opadami deszczu, w celu dokonania zakupu śniadania. Zaprawionym w bojach Duńczykom ten deszcz wcale nie przeszkadzał, wkrótce i my się z nim oswoiliśmy i tak nam już zostało… Zdecydowaliśmy się na naprawę przerzutek za jedyne 150 koron za małą plastikową część, która jak się później okazało na allegro chodzi po 15 zł. Popołudniu obiadek i w drogę do Helsingør. Jak tylko ruszyliśmy zaczęło padać, a nieco później lać. Zmoczeni zrobiliśmy sobie odpoczynek w oczekiwaniu na przejście nawałnicy. Opłacało się, niedługo później zrobiło się ciepło i słonecznie.
Wieczorem w Helsingør po przejechaniu 70 km, zameldowaliśmy się na campingu. Miejscówka była bardzo ładna, chociaż nasz namiot stał może z 5 metrów od torów kolejowych, całe szczęście że miejski szynobus nie jeździł zbyt często i był bardzo cichy. Wieczorem jeszcze zwiedzanie miasta wraz z uroczym zamkiem położonym nad samym morzem. A z niego widok na czekającą już na nas Szwecję.
Rankiem jeszcze przed zakupami, na które z utęsknieniem czekała Wanda, Tomasz postanowił naprawić rozciągnięty łańcuch skracając go o jedno oczko. Po skróceniu okazało się, że łańcuch jest… za krótki, ale na korbę się nakręcił… W sklepie rowerowym dokonaliśmy zakupu kolorowego kasku, natomiast naprawę łańcucha postanowiliśmy odłożyć na później. Po południu wraz z ostatnimi promieniami słońca opuściliśmy Danię udając się promem do Helsingborg. Rozstając się z Danią, rozstaliśmy się też z piękną pogodą.
Helsingborg – Laholm
Jak tylko zjechaliśmy z promu, wiedzieliśmy już, że z takim za krótkim łańcuchem nie zajedziemy daleko. W deszczu dotarliśmy do informacji turystycznej, gdzie dostaliśmy adres najbliższego serwisu rowerowego. Serwisant był zawalony robotą, ale zlitował się nad nami i zabrał się do rozkuwania łańcucha na chodniku, bo w środku nie było już miejsca. Mimo posiadania specjalistycznego sprzętu, namęczył się strasznie. Nie mógł się też nadziwić, jak Tomek zdołał założyć tak krótki łańcuch (okazało się, że “na wcisk”). Na nasze szczęście po kilkunastu minutach jego praca dała oczekiwany efekt i przy padającym deszczu ruszyliśmy do Ängelholm (70  km). Był to chyba najmniej przyjemny dzień podróży. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów przy ciągle padającym deszczu, pękł nam jeden z łańcuchów, a drugi się strasznie wkręcił się korbę. W trakcie długiej i żmudnej naprawy, przemoknięci postanowiliśmy zawrócić na najbliższy camping znaleziony na nawigacji rowerowej. No ale jak to w życiu bywa, camping był tylko na nawigacji, więc wróciliśmy na wcześniej zaplanowaną trasę i walcząc z zimnem i deszczem udaliśmy się do miejsca docelowego. Gdy po zmroku dotarliśmy do celu camping był już zamknięty, ale Wandzie udało się nas telefonicznie zameldować. Przemoknięci i wyziębieni znaleźliśmy tymczasowe schronienie w pomieszczeniu kuchennym (takowe są chyba na wszystkich campingach w Szwecji i Danii), gdzie zjedliśmy kolację i suszyliśmy rzeczy, a w przerwie pomiędzy opadami rozbiliśmy namiot.
Rankiem dokończyliśmy suszenie, by po południu ruszyć dalej w kierunku Mellbystrand. Po pół godzinnym deszczu przychodziła godzina słońca i tak w kółko. Po drodze troszkę błądząc odwiedziliśmy Hovs Hallar – czerwone skały na wybrzeżu. Obserwując morze poczuliśmy zbliżający się sztorm. Niestety nie myliliśmy się, a do tego po dotarciu do Mellbystrand wybraliśmy najgorszą opcję noclegową – camping położony 50 metrów od morza. Z rozbiciem namiotu były małe problemy, podobnie jak z zagotowaniem herbaty. Ale żywioł zaczął się dopiero w nocy. Mało nie odlecieliśmy i to dosłownie. Udało nam się przetrwać, za to odleciał namiot od campera. Rano złożenie namiotu graniczyło niemal z cudem, Wanda w pewnym momencie aż się zawinęła w tropik, później o mało nie utknął na dachu łazienki, chwila nieuwagi i byłoby po nim. Mimo niedogodności postanowiliśmy ruszyć dalej w trasę. Na początku jechało się znośnie, ale gdy trasa rowerowa wyrzuciła nas na otwartą przestrzeń zaczął się koszmar. Rzucało nami jak małym jachtem podczas sztormu na morzu, a na morzu było 10 w skali Beauforta. Kilka razy mało nie wpadliśmy do rowu, a raz o mało nie wciągnęło nas pod nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę. Jazda stała się zupełnie niemożliwa, gdy przyszło nam jechać pod wiatr, równie dobrze można było prowadzić rower.
Zrezygnowaliśmy z dalszej podróży rowerem w kierunku Göteborga i udaliśmy się do Laholm, odbijając od morza wraz z wiatrem w głąb lądu. Laholm słynie z rybek, a w szczególności z łososia i my oczywiście postanowiliśmy to sprawdzić. Olbrzymia kanapka z łososiem, krewetkami, jajkiem i mnóstwem innych dodatków była wyborna. Postanowiliśmy także zmienić nieco plany i do Göteborga (Tomasz uparł się, żeby odwiedzić tam koleżankę Grację) udaliśmy się pociągiem.
Göteborg
Mimo, że rodzice Gracji chcieli nas odebrać z dworca samochodem z przyczepką, my uparliśmy się że dojedziemy sami, w końcu to tylko kilkanaście kilometrów. Tak mówili. W rzeczywistości było ponad 30 i do Nodinge zajechaliśmy na wieczór. Czekało nas serdeczne powitanie starych harcerzy, pyszna kolacja oraz ciepłe i miękkie łóżko. No i oczywiście pogaduchy do późnego wieczora.
Następnego dnia mieliśmy jedyny dzień tak zwanego „wolnego” od roweru. Z Jarkiem (tatą Gracji) pojechaliśmy samochodem do Trollhättan, miejsca, w którym Szwedzi przy pomocy Holendrów zmienili tor biegu rzeki. Widok niezwykły. Poza tym trochę lenistwa, wieczorne zwiedzanie Göteborga i kolejnego dnia mieliśmy ruszać w drogę powrotną, ale po namowach naszych gospodarzy postanowiliśmy przedłużyć gościnę u nich o jeden dzień. Rankiem postanowiliśmy się wybrać rowerem do miasta. Zrobiliśmy trochę zakupów, kilka razy w międzyczasie zmokliśmy i gdy już mieliśmy wracać Wanda dojrzała dwóch rowerzystów z flaga Critical Mass! No tak, przecież jest ostatni piątek miesiąca i dochodzi 18:00. Gonimy ich. Chwile później jechaliśmy już z nimi niezwykle podekscytowani na Masę Krytyczną, choć oni wydawali się nieco zdziwieni. Gdy zajechaliśmy na główny plac, skąd mieli zaczynać, wiedzieliśmy dlaczego… nikogo tam nie było… Tylko my i oni. Wtedy nam powiedzieli, że dopiero niedawno zaczęli organizować Masę i czasem są sami! Byliśmy dumni, że podwoiliśmy ilość uczestników Masy. Jednak niezbyt długo – po kilku chwilach dołączyło jeszcze kilku rowerzystów i razem wyjechaliśmy na miasto. Była to nasza pierwsza tradycyjna Masa czyli bez eskorty policji. Wieczorem, ponieważ nikogo nie było w domu, odebraliśmy schowany pod kamieniem koło nadgryzionego jabłka klucz od mieszkania i spędziliśmy kolejny wieczór na pogadankach, by następnego ranka wyruszyć w drogę powrotną. Rankiem odbyło się też testowanie tandemu przez naszych gospodarzy. W końcu ruszyliśmy, niebawem zaczęliśmy jeden z cięższych odcinków naszej podróży – pierwszy etap górski.
Göteborg – Kristianstad
Sporo słońca, trochę deszczu i niezliczona ilość górek, pod które często trzeba była pchać rower. Jak już się rozpędziliśmy, to rower gnał jak szalony, jednak większość drogi stanowiły podjazdy i dzień ten dał nam porządnie w kość. Podczas postojów, zaczepiali nas życzliwi ludzie, których tablica „just married” zachęcała do pozdrowień oraz krótkich pogawędek. A to skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, ile już przejechaliśmy, jak nam się podoba… Ponieważ wydłużyliśmy o jeden dzień pobyt w Göteborgu, automatycznie skrócił nam się czas na powrót, toteż wzrosły dzienne odcinki do pokonania. Mimo, że mieliśmy pierwszego dnia zrobić ponad 100 km, po niespełna 85 w miejscowości Orby skusił nas piękny camping nad jeziorem. Pierwszy raz zameldowaliśmy się na campingu przed 18, więc mieliśmy zamiar zrobić sobie pyszną kolację i miło spędzić czas. Po rozbiciu namiotu postanowiliśmy się na chwilkę położyć, by dać odpocząć zmęczonym dzisiaj mięśniom… i na tym dzień się skończył. Po chwili zrobiła się północ i poszliśmy grzecznie spać. Zmęczenie z nami absolutnie wygrało.
Rano zjedliśmy pyszne śniadanko, dostaliśmy rabat dla nowożeńców i 5 minut przed deszczem ruszyliśmy w trasę. Tego dnia padało sporo, wiec sporo czasu traciliśmy na chowaniu się przed deszczem. Pedałowaliśmy aż do zmierzchu, by rozbić się w lesie na puszystym miękkim mchu i … mrowisku. Na nasze szczęście mrówy już spały, a rankiem zanim zdążyły wstać zdążyliśmy się zwinąć. To była pierwsza mroźna noc. Dodatkowa wilgoć jaka panowała w lesie sprawiła, że nie było jak w nocy wyściubić nosa poza śpiwór. Rano śniadanie już na trasie, no i trzeba było gonić aby nadrobić zaległości. Tego dnia jechało się wyśmienicie. Więcej było z górki niż pod, no i przede wszystkim słońce i ani kropli deszczu. Jedynie GPS wyciął nam niemiły numer prowadząc nie do tej miejscowości co trzeba, ale zabójcze tempo narzucone przez Tomka sprawiło, że na camping zdążyliśmy jeszcze przed zamknięciem. Wanda dokonała w sklepach odpowiednich zakupów i po przejechaniu 110 km zrobiła pyszny szwedzki obiad (ziemniaki z klopsikami w sosie pomidorowym) na kolację. No i w końcu robiła to co lubiła, bo przez cały dzień „zbierała” grzyby wzrokiem z roweru, które rosły przy drodze w ogromnych ilościach i rozmiarach.
Rankiem pyszna jajecznica, zwiedzanie Markarydu w poszukiwaniu pamiątek i około 13 ruszyliśmy w stronę Kristianastadu. Po drodze jeszcze zwiedzanie Hässleholm i trasą rowerową wzdłuż głównej drogi podążaliśmy do celu. W Kristianastadzie znajdował się najgorszy camping ze wszystkich odwiedzonych. Nie wiedzieliśmy czy możemy się rozbić, bo nocny stróż ukrywał się przed nami i zdawał się nas nie widzieć, jak kilka razy okrążaliśmy budynek i zaglądaliśmy we wszystkie kąty. Może nie chciał, żebyśmy tu zostali – camping znajdował się przy skrzyżowaniu głównych drug, na przemysłowo-handlowych przedmieściach. Ciężko się spało…
Kristianstad – Ystad
Rano leniwie ruszyliśmy na zakupy i skusiliśmy się na (jakże niezbędne w Szwecji) przeciwdeszczowe kurtki. Od ich zakupu z nieba nie spadła już ani jedna kropla… nie ma to jak udany zakup. Doszła jeszcze przejażdżka i zwiedzanie Kristianastadu, pakowanie i na trasę ruszyliśmy… po godzinie 17. A do kolejnego noclegu w Brosarp mieliśmy prawie 80 km. Jechało się sympatycznie bo większość czasu droga prowadziła lasem. Wieczorem nad rzeką zjedliśmy kolację o zachodzie słońca i ruszyliśmy w poszukiwaniu noclegu. Niestety jak to nad morzem w Szwecji bywa, trudno znaleźć odludne miejsce gdyż odległości pomiędzy miejscowościami były tak małe, że niezauważalne. Znudziło nam się to poszukiwanie i ustaliliśmy, że fajnie byłoby jechać nocą, Plan był niemal doskonały, ubraliśmy się ciepło, wyciągnęliśmy wszystkie lampki i ruszyliśmy. Droga praktycznie nie była oświetlona, więc trzeba było jechać po woli i ostrożnie. Nagle trasa odbiła w głąb lądu a po obu jej stronach straszyły gęsto ustawione tabliczki informujące o terenie wojskowym. Ich ilość nie zaniepokoiła nas, jechaliśmy spokojnie dalej, aż dojechaliśmy do tablicy z mapą. Okazało się, że przecinamy jakiś ogromny wojskowy teren ćwiczeń. Byliśmy w martwym punkcie, musieliśmy jechać dalej a do wyboru była główne droga pełna tirów, niezachęcająca do jazdy rowerem nocą albo boczna trasa przez teren wojskowy. Z duszą na ramieniu wybraliśmy to drugie. Najpierw było normalnie, jechaliśmy przez miejscowość, później wjechaliśmy do odludnego lasu szutrową drogą. Gdy wyjeżdżaliśmy z niego minął nas samochód wojskowy. Po krótkim czasie, jadąc główną drogą dojechaliśmy na Rest Place. Rozbiliśmy namiot i gdy tylko weszliśmy do środka, na poligonie którym jechaliśmy rozpoczęło się… strzelanie. No to nam się upiekło. W trakcie jazdy na liczniku „pękło” nam 1000 km od dnia ślubu.
Kolejny dzień to żmudne pedałowanie w żółwim tempie po płaskim terenie, czyli najgorsze co może być dla ciężkiego tandemu. To już chyba woleliśmy te góry. Region Skane jest bardzo nastawiony na turystykę, wszędzie pełno miejsc do odpoczynku i odpowiednio wyznaczone trasy rowerowe, więcej nam nie trzeba było. Deszcz skończył się ze trzy dni temu, ale za to robiło się coraz chłodniej. Temperatura za dnia nie przekraczała 13 stopni C, a w nocy spadała nawet do 5. Wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Kåseberga by z racji kończących się pieniędzy spędzić noc za darmo na Rest Place. Jeszcze tylko wdrapaliśmy się na wzgórze przy morzu, by w otoczeniu skał (Ales Stenar) podziwiać zachód słońca. Rest Place w Kåseberga był inny niż wszystkie, nie było tam równej trawki, łazienek (jedynie toi toi i szlauch), ławeczek. Na dodatek położony był w miejscowości na przeciw domów. Trochę nas to zaniepokoiło, znaliśmy zasadę, że można się rozbijać w dowolnym miejscu byle 100 metrów od domów. Jednak zdecydowaliśmy się zostać. Zachęciły nas zaparkowane campery. Jeden z nich stał na trawce na skraju boiska. Wybraliśmy miejsce koło niego. Rano okazało się, że był to już teren ośrodka sportowego i sympatyczny pan życząc nam szczęścia z równie wielkim uśmiechem na ustach wycedził przez zęby – należy się 100 koron… Na pocieszenie sąsiedzi z campera pokazali nam gdzie ośrodek ma łazienki. Szkoda, że dopiero rano… wieczorem myliśmy się zimną wodą ze szlaucha…
Potem już najkrótszą droga zajechaliśmy do Ystad. Jeszcze ostatnie zwiedzanie, jakaś kawka z pysznym ciastem marchewkowym (które było przysmakiem naszej podróży) i nadszedł ostateczny czas powrotu. Na prom i w drogę do domu. Ze Świnoujścia odebrali nas rodzice, Wandę wraz z bagażami zagarnęli do samochodu a Tomasz z tandemem po negocjacjach z kierownikiem ostatniego nocnego pociągu udał się do Szczecina. W nocnych nie można przewozić roweru. Zanim jednak dojechaliśmy do dworca spadł nam łańcuch przedni i Wandzie przyszło pierwszy raz pedałować samej… Na koniec już w Szczecinie, Tomasz zdołał jego zerwać jeszcze raz.