Korzystając z okazji promocyjnego (za zupełną darmochę) przejazdu nowym szynobusem na trasie Szczecin – Kołobrzeg – Szczecin, co było wynikiem zakupu przez Województwo Zachodniopomorskie nowych szynobusów od PESY, udaliśmy się na kolejną rowerową wyprawę. Ze względu na uroczyste przekazanie szynobusów na dworcu zjawiliśmy się jak nigdy dotąd, na pół godziny przed odjazdem pociągu. Podróż była miła i przyjemna, wygodne fotele, klimatyzacja, specjalne miejsca na rowery (choć z tandemem jak zwykle mały problem musiał być). Ale dla nas to już normalność…
Przeglądając wcześniej mapy okolicy trasę postanowiliśmy zacząć spod źródełka solankowego. Źródełko, pomimo braku informacji w jego pobliżu znaleźliśmy, szlaków niestety nie – pewnie były, ale tylko na mapie. Tak więc udaliśmy się międzynarodową trasą R10 w kierunku Dźwirzyna. Z asfaltu zrobiła się ubita ścieżka, potem ścieżynka której pokonanie ze względu na liczne przeszkody i zakręty była dość trudna. Nieco później trafiliśmy na szlak „Ku słońcu” i na drogę prawie tak piaszczystą jak plaża. Łatwo sobie wyobrazić jak wyglądała nasza jazda, a że do plaży daleko nie było postanowiliśmy wcześniej niż zwykle zrobić sobie przerwę.
Najpierw kąpanie, a następnie krótka drzemka podczas wygrzewania tyłka. Ale że do pokonania mieliśmy około 40 km, a do tego była już pora obiadowa, więc ruszyliśmy na wędzoną rybkę do Dźwirzyna. Przy kanale łączącym j. Resko z Bałtykiem poza obiadem zrobiliśmy sobie jeszcze konkursową sesję zdjęciową z Kingą Pienińską. No i zrobiło się późno, więc szybko wróciliśmy na szlak i w drogę. I tu kolejna niespodzianka z cyklu “którędy teraz”. Ponieważ dookoła były tylko tereny prywatne zrobiliśmy mały objazd, po którym wróciliśmy na właściwą trasę. Jadąc drogą przez pola, skorzystaliśmy z jeszcze jednaj okazji do zdjęć na pobliskich stogach siana.
I teraz to dopiero zrobiło się późno, więc przyspieszyliśmy nieco tempo jazdy. Przejechaliśmy przez Glowaczewo, Karcino by dotrzeć do Sarbii. Niestety dzięki wspaniałemu oznakowaniu szlaku zamiast w Sarbii wylądowaliśmy w miejscowości Bieczyno. Szybkie zerknięcie na mapę, kilka niecenzuralnych słów i szybko w drogę. Na 70 minut przed odjazdem naszego pociągu z Kołobrzegu znaleźliśmy się około 25 km od naszego celu. Zaczęła się walka z czasem i w drodze do Sarbii z wybojami. Tomasz tak gnał po wszystkich dziurach, że kilka razy mało nie zgubił swojej narzeczonej, co przed ślubem nie byłoby wskazane. Kilka kilometrów po wybojach, by następnie droga poprawiła się na „nierówny bruk”. Potem na szczęście był już asfalt, ale i wiatr od morza. Gnaliśmy ile sił w nogach (20 km/h pod górę, prawie 30 po prostej i jeszcze szybciej z górki) by na nasze szczęście wylądować na dworcu na pięć minut przed odjazdem pociągu. Gdy opowiedzieliśmy naszym znajomym o naszych dokonaniach usłyszeliśmy – „kamikadze”. W Szczecinie, lekko opaleni i przede wszystkim zmęczeni udaliśmy się już spokojnie do domu, z myślą o czekających nas zakwasach po tej szaleńczej godzinie jazdy.