Szlakiem kolei wąskotorowej Złocieniec – Połczyn Zdrój – Czaplinek
Po mocno rowerowym piątku („wyścig z punktu A do B, Masa Krytyczna) nadszedł czas na… rowerową sobotę. Po około czterech godzinach snu (do 2 w nocy pisaliśmy relacje z piątkowych wydarzeń) wstaliśmy z ochotą (akurat bo…) by udać się na kolejną wyprawę rowerową). Jak zwykle szybkie ubieranie, pakowanie i pędem na dworzec by wsiąść do pociągu na pół minuty przed odjazdem.
Po niespełna dwóch i pół godzinie (około 11:00) byliśmy w Złocieńcu. Tam zjedliśmy drugie śniadanie i ruszyliśmy na szlak do Połczyna Zdroju przebiegający po starej trasie kolejki wąskotorowej – główny cel naszej wyprawy. Spojrzeliśmy jeszcze tylko na opis, mapę i po kilku minutach znaleźliśmy się na trasie z pięknego i równego asfalciku. Poza kilkoma miejscami widokowymi na okoliczne pola i łąki droga wiodła nas przez las. Nie jest ona może tak urokliwa jak Dolina Dolnej Odry, ale jedzie się bardzo przyjemnie po porównywalnym jakościowo asfalcie. Co jakiś czas można się natknąć na stare dworce kolejowe (niektóre odremontowane i zamieszkane), które dodają specyficznego uroku podczas przejazdu, przenosząc nas o kilkadziesiąt lat wstecz. Gdzieniegdzie można było zobaczyć pasące się konie, pławiące się w wodzie łabędzie, czy też czasem przelatującego bociana. Jednak niestety, ze względu na mnogość pobliskich jezior i mokradeł dominującą grupą były owady, a dokładniej komary. Po kilku kilometrach trasy napotykamy na niemiłą niespodziankę, niezapowiedziany koniec asfaltu. Na szczęście droga była mocno ubita ze względu na fakt, ze była to stara linia kolejowa i jechało się nią dość dobrze. No może do czasu zanim nie zaczęła coraz bardziej środkiem zarastać trawą sięgającą kolan. Po kilku kilometrach, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, jak bumerang wróciła do nas asfaltówka, która doprowadziła nas do samego Połczyna-Zdroju. Ponieważ budowa trasy była dofinansowana ze środków europejskich uznaliśmy, że część trasy bez asfaltu zapewne stanowiła wkład własny.
Tam na rynku (niezwykle urokliwym) zjedliśmy obiad po czym okazało się, że jest już 16:00! No i plan z leżakowaniem wziął w łeb. Szybko uzupełniliśmy w pobliskim sklepie zapas wody i drogą powiatową gnaliśmy (no może trochę za mocno powiedziane…) do Czaplinka na ostatni pociąg. Ze względu na nieprzespaną noc zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki. Jednak, aby tradycji stało się zadość, szczęśliwie i z kilkuminutowym zapasem czasu dotarliśmy na dworzec w Czaplinku (zdążyliśmy nawet jeszcze zjeść lody). No tak, tylko że dworzec w Czaplinku… nie jest w Czaplinku. Znajduje się już około kilometra poza granicą miasta zupełnie nie oznaczony. My na szczęście (za sprawą Wandy) mieliśmy mapę (ta, żeby tylko jedną) natomiast osobom poszukującym dworca w Czaplinku bez niej, no cóż… życzymy szczęścia.