Kolejny piękny długi weekend postanowiliśmy spędzić nader aktywnie. Jako, że spora grupa rowerzystów ze Szczecina udawała się w niedzielę na zjazd gwieździsty do Berlina, my także postanowiliśmy tam zawitać. Żeby jednak nie tracić czasu do niedzieli, trasę do Berlina zaplanowaliśmy od Świnoujścia, przez cztery dni mieliśmy do przebycia łącznie około 360 km.
Od Ahlbecku aż do Rosenbeck trasa wiodła szlakiem Berlin – Usedom, który na pierwszym etapie do Ueckermunde pokrywa się ze szlakiem Odra – Nysa. Za Rosenbeck mieliśmy zjechać z trasy, aby drogą trafić do Eberswalde. Dziennie do przebycia po około 90 km.
Była to przede wszystkim próba generalna przed podróżą poślubną dla naszego tandemu oraz niedawno zakupionego namiotu Ferrino. Tandem miał wytrzymać trudy podróży, a do namiotu… mieliśmy się zmieścić. Jak było… no cóż zapraszamy na relację.
Świnoujście – Bugewitz
Po kilku dniach kiepskiej pogody nadszedł oczekiwany długi weekend. Rano, jak zwykle ochoczo, dokończyliśmy pakowanie rzeczy i udaliśmy się na dworzec, gdzie czekał na nas nasz kolega Marcin. Czekał na nas już w momencie gdy… my dopiero opuszczaliśmy dom. Tym razem dotarliśmy na peron razem z pociągiem, do którego szybko się zapakowaliśmy.
W Świnoujściu przeprawa promem na Uznam, następnie do Ahlbeck i pierwsza kąpiel w tym roku nad morzem zaliczona, pierwsze wygrzewanie tyłka na piasku także. Warto dodać, że odcinek Świnoujście – Ahlbeck pokonaliśmy naszym „krążownikiem” po plaży. Trochę się jeszcze pobawiliśmy aparatami i zrobiła się prawie 14, a więc czas najwyższy ruszyć na szlak.
W Ahlbecku odnaleźliśmy trasę Berlin – Usedom po czym zaczęło się pedałowanie, niestety pod wiatr. Dookoła pola, lasy, łąki i zalew, jednym słowem uroczo. Po drodze obiad nad zalewem i nieco zmęczeni około 18 docieramy do miejscowości Karnin. Będąc dopiero w połowie drogi postanowiliśmy przeprawić się promem do Camp by nadrobić około 25 km. Pan chciał od nas łącznie 21 Euro, ale twardo prowadzone negocjacje cenowe sprawiły, że przeprawiliśmy się za 12. I tam dopiero zaczął się Raj. Niezwykle urocza okolica zalewu odsłaniała przed nami swoje oblicze. Trasa wiodła po dobrze ubitej drodze gruntowej wzdłuż otaczających nas rozlewisk. W pewnym momencie przecięliśmy nawet drogę asfaltową, trochę nietypową, bo w przeważającej części idącej już pod wodą. Było tak pięknie, że postanowiliśmy rozbić się na dziko i spędzić noc pośród natury. Szybko znaleźliśmy miejsce do rozbicia namiotów, ale że godzina była jeszcze wczesna pojechaliśmy na pobliską wieżę widokową na skraju Natural Parku zjeść kolację czyli podgrzać w menażce zakupione wcześniej danie. Mieliśmy, palnik, gaz, menażkę, danie, ale brakowało nam jedynie… ognia. Tomek z Marcinem podjęli próbę zapalenia czegokolwiek za pomocą słońca i soczewki od aparatu, niestety bez skutku. Uratowała nas spacerująca z psem Niemka, obdarowując swoja zapalniczką. W międzyczasie przypałętał się jeszcze jakiś podejrzany typek w okularach i nowo obmyślony plan nocowania na wieży widokowej spalił na panewce. Wobec czego postanowiliśmy wrócić na wcześniej upatrzone miejsce, ale ponieważ byliśmy nieco wybredni zrobiliśmy jeszcze rundkę po okolicy, dzięki czemu podczas zachodu słońca zobaczyliśmy sznur odlatujących dzikich gęsi.
Jako że Wanda miała największe obawy, co do nocowania na dziko, Marcin uspokoił ją stwierdzeniem, że „stawia nocleg”, znaczy się pokryje mandat w przypadku przypałętania się policji albo innych służb. Po około 50 kilometrowej trasie zostało już tylko rozbić namiot wśród chmary komarów i ułożyć się do snu w hałaśliwej od zwierząt okolicy. Las i okoliczne rozlewiska nawet w środku nocy tętnią życiem.
Bugewitz – Warnitz
Po nocy spędzonej na twardym i nierównym podłożu (z braku miejsca nie zabraliśmy żadnych mat) pierwszy z namiotu z aparatem wynurzył się Tomasz. Okolica była tak piękna, że nie można było się powstrzymać od zrobienia jeszcze kilku zdjęć. Potem szybkie pakowanie (wszystko dzięki komarom) i ruszyliśmy w drogę szukać odpowiedniego miejsca na śniadanie.
Jako, że tego dnia musieliśmy nadrobić zaległości z poprzedniego, po śniadaniu nieco zwiększyliśmy częstotliwość pedałowania, z czym ze względu na wspaniałą asfaltowa nawierzchnię nie było problemu. Po drodze do Ueckermunde trafiliśmy na piękny ośrodek żeglarski z plażą w Monkebude. Tu kolejna sesja zdjęciowa i w drogę na drugie śniadanie, które czekało na nas na nabrzeżu portu w Ueckermunde (pyszna bułka z rybą). Ponieważ Marcin spieszył się do domu nasze drogi się rozdzieliły się. My w dość szybkim tempie przejechaliśmy przez Torgelow, by zatrzymać się na chwilę w Pasewalku celem uzupełnienia zapasów wody. Następnie pyszny obiad: litrowy jogurt z paczką musli i dalej w drogę. Na trasie można było zobaczyć mnóstwo ptaków z czego oprócz gniazda bocianów najciekawsze były drapieżne „jaskółki” – efekt zmęczenia u Wandy. Mimo, ze rano Tomasz nie wierzył, ze dotrzemy tego dnia do Warnitz, nasz cel z każdym przebytym kilometrem stawał się coraz bardziej realny. Po całym dniu pedałowania, walki ze zmęczeniem i bolącym tyłkiem, po pokonaniu ponad 130 km około godziny 20:00 dotarliśmy do celu naszej podróży.
W Warnitz znaleźliśmy jakiś camping, ale bez recepcji, znaczy się była, w miejscowości nieco dalej, więc wykończeni ruszyliśmy na dalsze poszukiwania. Po drodze spotkaliśmy w końcu pierwszą parę na tandemie (później w Berlinie po około 10 naliczonych straciliśmy rachubę). Po przejechaniu jakiś 2 km Wanda chciała zawrócić, ale Tomasz się uparł żeby pojechać jeszcze kawałek dalej i sprawdzić drogę do końca. I gdy już mieliśmy zawracać Wanda wypatrzyła camping, ten właściwy. Pole namiotowe było usytuowane na zboczu skąd rozpościerał się przepiękny widok na jezioro. Najpierw upragniona kąpiel, następnie kolacja nad brzegiem jeziora i do namiotu na… twarde wyrko. Minął kolejny piękny dzień naszej wyprawy.
Warnitz – Finowfurth
Zmęczeni po wczorajszym wysiłku, z namiotu wygrzebaliśmy się około 11:00. Lekko naciągnięte mięśnie w nogach, ale przede wszystkim obolałe boczki od spania na twardej powierzchni. Tomasz pojechał szukać bułeczek na śniadanie, ale niestety znowu musieliśmy zadowolić się daniem z torebki.
Około 13:00 ruszyliśmy na trasę, która różniła się od tej w ciągu poprzednich dwóch dni. Krajobrazy i otaczająca nas natura były równie urocze tylko trasa była raz pod górę, raz z górki. Gdy na początku jeszcze górki zaliczaliśmy z rozbiegu to z upływem czasu było coraz ciężej. Apogeum wysiłku trafiło na nas gdy przejeżdżaliśmy przez podmokły las. Ciężka, grząska droga pod górę dała się we znaki, ale o dziwo udało się przejechać bez zatrzymania. Niedługo później jechaliśmy już pięknym asfaltem.
Po drodze w Glambeck odwiedziliśmy jeszcze kościół rowerzystów, gdzie w przykościelnym sklepiku raczyliśmy się pysznym ciastkiem z truskawkami i bitą śmietaną. Później trafiliśmy na jeszcze jedną nie lada atrakcję, wieżę widokową w Joachimsthal. Za jedyne dwa euro za osobę można było windą wzbić się wysoko ponad ziemię na taras widokowy, skąd podziwiało się piękno okolicy. W końcowym etapie okazało się, że fragment drogi rowerowej był akurat w remoncie i musieliśmy jechać specjalnie wytyczonym objazdem. Poprowadził nas miły Niemiec, którego poznaliśmy po drodze. Po dłuższej rozmowie na temat naszej wyprawy i naszego roweru nawet zaprosił nas do siebie do Bernau, jednak niestety, chcąc zacząć trasę z Eberswalde musieliśmy mu odmówić. Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu dróg do Bernau i Eberswalde.
Na koniec główną droga dojechaliśmy do Finowfurth, a następnie po omacku i na czuja trafiliśmy, co prawda za drogowskazami, do upragnionego campingu. Tu jak zwykle Tomek rozbił namiot, potem szybkie kąpanie i kolacja z komarami nieopodal jeziora. Tym razem ryż w sosie, może mało przyprawiony, ale zjadliwy. Kolejny dzień i kolejne 80 km możemy dopisać do rachunku. Tym razem szybko spać, bo wczesnym rankiem pobudka i ostatni dzień podróży.
Finowfurth – Berlin
Wstaliśmy zgodnie z planem, czyli już o 6:00 by po godzinie ruszyć do Eberswalde gdzie mieliśmy się połączyć z grupą szczecińskich rowerzystów. Plan jednak nie był dobry. Poranna toaleta, śniadanie i pakowanie zajęło nam 1,5 godziny i ruszyliśmy z pół godzinnym opóźnieniem. Mimo, że od samego początku mocno napieraliśmy na pedały straconego czasu nie dało się nadrobić. Na dworzec do Eberswalde dotarliśmy 10 minut po ósmej, czyli biorąc pod uwagę niemiecką punktualność 10 minut po czasie.
Grupa pojechała, ale ku naszemu zdumieniu w trakcie wypakowywania była jeszcze grupa 6 kolesi “z Extrawheelami”, więc postanowiliśmy się do nich przyłączyć. Wanda jeszcze tylko uzupełniła zapas wody i padło pytanie którędy. Na szczęście mieliśmy mapę, a w zasadzie to już tylko kawałek, który jednak pozwolił nam na obranie odpowiedniego kierunku. No to ruszyliśmy w pościg. Od początku narzuciliśmy mocne, przynajmniej jak na nasz tandem tempo, by jak najszybciej dogonić całą grupę. Okazało się na tyle mocne, że po pewnym czasie jechaliśmy sami, bo reszta spóźnialskich została gdzieś z tyłu. Po czterdziestu minutach dopadliśmy całą grupę i dalej, już spokojnym tempem, około 15km/h jechaliśmy do Berlina. Skwar był tego dnia niesamowity, a zapasy wody zaczęły się mocno kurczyć. Z każdym kilometrem przybywało rowerzystów, i z około 100 osobowej grupy na początku zrobiło się kilka tysięcy, a potem i kilkadziesiąt. Jechaliśmy dość wolno, ale płynnie, aż do momentu, gdy znaleźliśmy się w ścisłym centrum. Tutaj rowerowy korek, a więc kilkunastominutowy odpoczynek w cieniu i przepychanie się do wjazdu do tunelu. Ale za to w tunelu, chyba największej atrakcji przejazdu, było naprawdę głośno i przede wszystkim chłodno. Jeszcze tylko kilka kilometrów po mieście i byliśmy już na wielkim pikniku rowerowym przed Bramą Brandenburską.
Wanda (normalnie szacun) miała jeszcze siłę przelecieć się po budkach wystawienniczych. Wpadło kilka mapek i po jednej koszulce. Następnie pojechaliśmy odpocząć pod czołgiem (tradycja grupy ze Szczecina). Mieliśmy w planach jeszcze krótkie zwiedzanie Berlina, ale słońce tego dnia nas pokonało. Następnie na dworzec i w drogę do Szczecina. Jako, że było tylko jedno wolne miejsce na bilecie grupowym Tomek do Eberswalde jechał na… gapę, zresztą tandem także. W Eberswalde po przesiadce Tomek stanął na środku przedziału i zapytał, czy nie ma ktoś miejsca wolnego na bilecie i się akurat jedno znalazło, w dodatku ta miła rodzinka nawet nie chciała za to żadnych Euraków. Jeszcze tylko Wanda kupiła bilet na rower i już w końcu spokojnie, bo bez dodatkowego stresu, choć o suchym pysku wracaliśmy do Szczecina. Choć nam picie dopiero, co się skończyło, to jechali z nami rowerzyści, którzy jak to mówili, ostatnio pili przed wjazdem do tunelu w Berlinie. Gratulujemy wytrwałości.
Z dworca już tylko 5 km i byliśmy w domu. No może nie takie tylko, bo czekała nas jedna porządna górka, pod która ledwo co się wdrapaliśmy. Kolejne 90 km tego dnia dało nam w kość, choć najbardziej to dopiekło nam słoneczko. Szczęśliwi z jednym rozwalonym zamkiem w sakwie po stronie strat własnych wróciliśmy do domu. Próba generalna przed podróżą poślubną zaliczona na piątkę.
