Pierwszy raz przebudziliśmy się o 5 nad ranem i… padał deszcz. Pomyśleliśmy, że pewnie niedługo się wypogodzi i położyliśmy się dalej spać. Gdy Tomek o 9 jechał na dworzec po nasze świadkowe (wspaniałe koleżanki ze studiów) nad Szczecinem przechodziła burza z potężną ulewą. Kasia z Jolą powiedziały, że jeszcze nigdy nie widziały go tak bladego. Robiło się coraz później, a w Szczecinie lało, bo powiedzieć że padał deszcz to byłoby za mało. Zjedliśmy śniadanie i dziewczyny pojechały z Wandą na zrobienie fryzury i makijażu, a mając tam (jak zwykle) dużo do powiedzenia, uratowały Wandzie fryzurę przed dziwnymi wymysłami fryzjerki.
Sprawdzanie satelitarnej prognozy pogody w tym dniu odbywało się na bieżąco. Nad Szczecinem była chmura, która według prognozy miała około 16 przejść i… miało się rozpogodzić. Ale patrząc na to co się dzieje za oknem, jakoś trudno było w to uwierzyć. Przed godziną 13 zrobiło się gorąco, ale nie za sprawą pogody, lecz telefonów. Dzwonili z Urzędu Stanu Cywilnego i firmy Sweetness – co ze ślubem? Czy na pewno chcemy go robić w plenerze, przecież leje deszcz, zmokniemy my i goście, rozsypią się dekoracje, a z tortu zostanie mokra plama – wtórowali sobie nawzajem. Ale my, pełni optymizmu i samozaparcia, w dodatku wspierani przez naszego wielkiego optymistę fotografa Rafała, gdzieś około 14:30 przy jeszcze mocno padającym deszczu podjęliśmy, jak się później okazało słuszną decyzję – robimy. Za dużo pracy nas to kosztowało, aby w takim momencie zrezygnować z realizacji naszych marzeń, poza tym przecież to tylko deszcz. W międzyczasie z tym samym pytaniem dzwonili jeszcze z Radia Szczecin, a przed 15 odwiedziła nas telewizja. A deszcz jak padał, tak padał. Natomiast my, zgodnie z planem około 15:30 wyruszyliśmy z rodziną i naszymi przyjaciółmi z domu. Jedyne ustępstwo, na które zgodził się Tomek, to dowóz taksówką bagażową rowerów w okolice pl. Lotników, skąd mieliśmy wyruszyć na Masę Krytyczną.