18 kwietnia skoro świt o godzinie 7:00, a w zasadzie to jeszcze w środku nocy, wyruszyliśmy na wycieczkę rowerową do Doliny Dolnej Odry. Szybciutko udaliśmy się na dworzec, gdzie spotkaliśmy się Grześkiem, potem na peron i czekaliśmy na pociąg, którego nie było. To znaczy był, ale na innym peronie, więc nastąpiła szybka ewakuacja i już byliśmy w drodze do Gryfina. Na moście w Gryfinie czekaliśmy na Asię i Krzyśka, którzy pedałowanie zaczęli już od Szczecina. My czekaliśmy na nich na jednym, oni na nas na drugim. Jak już się znaleźliśmy, to z przejścia Granicznego Gryfino – Mescherin udaliśmy się na południe niemieckim szlakiem rowerowym Odra – Nysa.
Krzysiek na pierwszy rzut oka wiózł na swoim rowerze, no właśnie: telewizor. Dopiero po dokładnych oględzinach okazało się, że to bateria słoneczna, podłączona do małego akumulatora, takie własne źródło prądu na wyprawie. Testował sposób na zabranie ze sobą prądu gdzie go tylko koła poniosą, przed podróżą po Europie. Jeden tandem, trzy rowery, w sumie pięć nie narzekających na nic osób, no może za wyjątkiem Grześka, który przez całą drogę walczył z luzami na korbie.
Piękna pogoda i urocza trasa rowerowa wzdłuż Odry zrekompensowały nam poświęcenie, jakim musieliśmy się wykazać, aby opuścić swoje ciepłe łóżka. Niesamowity, malowniczy krajobraz rozlewiska Odry, robił na nas piorunujące wrażenie. Trasa w większości biegnie wałem przeciwpowodziowym, po którym jedzie się asfaltową drogą rowerową, jak to chłopaki określili – totalną żyletą. Po drodze zjedliśmy śniadanko i nim zdążyliśmy się zmęczyć zawitaliśmy do Schwedt, skąd mieliśmy udać się do Krajnika Dolnego i Doliny Miłości. Ale skoro tak dobrze się jechało, postanowiliśmy nieco wydłużyć naszą drogę, udając się dalej niemieckim szlakiem do następnego przejścia w Osinowie Dolnym. Po drodze kolejna porcja przepięknych, malowniczych widoków, w górze dzikie ptactwo, pasące się na trawie krowy i owce oraz stada łabędzi na Odrze. Nawet nasz tandem spotkał po drodze “ starszego kolegę” z Nationalpark Laden. Kolejna przerwa, tym razem obiadowa, w dosłownym tego słowa znaczeniu dla Asi i Krzyśka, którzy upichcili makaron z sosem. Najedzeni po odrobinie lenistwa i wykonaniu kolejnych zdjęć ruszyliśmy dalej. Jako, że zmęczenie zaczynało dawać się we znaki z utęsknieniem wypatrywaliśmy mostu, którym moglibyśmy się przeprawić do Polski. Ale jak to Grzegorz powiedział: „mostu nie ma, ale i tak jest zaj… (fajnie)”.
Na polskiej stronie sielanka się skończyła. Co prawda dalej był asfalt, ale już tylko na drogach. Po drodze do Chojny odwiedziliśmy jeszcze Cedynię, gdzie Wanda w końcu “wymarudziła” swoje lody, natomiast Asia z Krzyśkiem raczyli się szpinakiem ze śmietaną – szaleństwo. Dalej trochę pobłądziliśmy, zaliczyliśmy kilka górek i zjazdów, na których tandem był niczym bolid Formuły1, szedł jak burza bez dodatkowego pedałowania. Na koniec goniliśmy już na pociąg do Chojny. Na dworcu jeszcze tylko skomplikowana akcja z wejściem do nieco zatłoczonego pociągu i już wracaliśmy do domu.
Zmęczeni, ale za to we wspaniałych nastrojach. Grzegorz, ze względu na kształt swojego siodełka już nie mógł na nim wygodnie usiąść (Krzysztof też miał ten problem, ale jego pupa była chyba bardziej wytrzymała) wysiadł w Podjuchach skąd miał bliżej do Dąbia. Problem w tym, że jakiś pociąg towarowy rozkraczył się na drodze z Podjuch do Szczecina, więc nasz jechał właśnie przez… Dąbie, o czym oczywiście nie omieszkaliśmy Grzegorza powiadomić. Jego komentarz był krótki, ale niezwykle wymowny. Wysiadka na Głównym, krótkie pożegnanie i dalej resztkami sił powrót do domu. Zmęczeni jak nigdy, zadowoleni jak zawsze, po niezwykle ciekawej i obfitującej w kilometry (120) wyprawie przed godziną 21 byliśmy już w domku.

